O autorze
Katarzyna Błażejewska - mama dietetyczka, absolwentka dietetyki na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym i Psychodietetyki na SWPS. Od lat związana z warszawskim convivium Slow Food. Wyznaję zasadę, że jedzenie powinno stanowić źródło zdrowia oraz przyjemność. Dlatego ważna jest dobra jakość produktów, najlepiej sezonowych, regionalnych i naturalnych.

Food miles

Food miles to wyrażenie określające jaki dystans pokonała nasz żywność, od miejsca gdzie rozpoczęła się jej produkcja. Może to być 10 km od pobliskiej miejscowości, gdzie rolnik na swoim polu uprawia ziemniaki, może to być 600 km bo marchewka na sok najpierw trafia do fabryki, a potem do sklepu i naszego domu, albo może to być 300 km które przejechało zdrowe suwalskie jajka od kury która codziennie patrzy na klasztor nad Wigrami i dzięki temu ma się lepiej; które są do kupienia na eko – targu w stolicy. Ponieważ naszymi zakupami kieruje nawyk, zachęcam do krótkiej refleksji czy nie możemy nieco skrócić mil na które się decydujemy.

Pojęcie to w latach ’90 ubiegłego wieku ukuł brytyjski profesor Tim Lang. Zwiększenie dystansu, który żywność może pokonywać w drodze na nasze stoły związana jest z globalizacją, zmianami w zachowaniach żywieniowych, obniżeniem kosztów transportu i możliwościami. Tim Lang podkreśla, że z jednej strony wzrasta emisja gazów cieplarnianych w procesie produkcji żywności, a z drugiej strony zmieniają się także proporcje w ilości emisji gazów w związku z transportem i pakowaniem w stosunku do niezbędnych wartości do samej produkcji.



Food miles umożliwiają oszacowanie wpływu produktu na zanieczyszczenie środowiska oraz ilości energii zużytej na jego transport. Ale jako dietetyczka nie mogę nie przestrzec przed czym innym. Aby pomidory z Hiszpanii dojechały do nas w formie kulek a nie musu, muszą wyruszyć niedojrzałe i twarde, przypuszczalnie mocno zakonserwowane i zabezpieczone przed szkodnikami. U nas spryska się je węglowodorami, np. etylenem. W prawdzie super rozpuszcza się on w wodzie, więc umycie takiego pomidorka wystarczy, żeby tej substancji się pozbyć, ale co jeszcze na niego pryśnięto (może coś przeciwgrzybiczego, a może hamującego wzrost bakterii i wirusów?) – nie wiemy. Przyspieszenie procesu dojrzewania, zmniejsza także ilość substancji odżywczych w produkcie w stosunku do tych „naturalnych”. Pomidor, który dojrzewał na słoneczku ma zupełnie inny smak, zapach ale i wartość, niż ten czerwieniący się w skrzynce.

Coś, co przebyło długą drogę zostało zebrane / wykopane / wyłowione / zabite / i pozyskane w każdej innej formie wcześniej, niż to co mielibyśmy lokalnie. Więc jest po prostu starsze…

No i oczywiście takie przejechane mile podnoszą cenę produktu lub zwiększają wyzysk producentów, jeżeli cena ostateczna jest taka jak produktu lokalnego.

Jak mówi Michale Pollan, amerykański dziennikarz zajmujący się tematem żywności, „każdy z nas głosuje widelcem przynajmniej 4 razy dziennie na taką a nie inną żywność”. Możemy godzić się na transport tuńczyka od Japończyka, wołowiny z Argentyny i batatów z Emiratów. Możemy też zastanowić się, jakim kosztem dla środowiska są te tzw. food miles i rozkoszować się sieją lub sielawą z naszych jezior, wołowiną z krowy hodowanej w Polsce i topinamburem uprawianym w sąsiedniej miejscowości. Z przykrością stwierdzam, że są produkty niezastępowalne. Wino z Zielonej Góry, mimo wszelkich starań jego producentów nigdy nie zadowoli mojego podniebienia jak uprawiane w Nowej Zelandii Marlboro albo sprowadzone z Argentyny Carmenere. Ale pozwalając sobie od czasu do czasu na taką przyjemność, zawsze pilnuję, aby czosnek który kupuję był pochodzenia polskiego, a nie chińskiego. Bo nie widzę żadnego uzasadnienia dla tego, żeby mój zakup był inny. Jako osoba związana z kimś pracującym bardzo dużo poza domem, pokonuję setki „love miles” spotykając się z ukochanym np. w połowie drogi, aby spędzić razem wolny dzień. Dlatego nie chcę już bardziej obciążać środowiska moimi decyzjami, zużytym paliwem i ilością produkowanego CO2. Do czego i Państwa zachęcam.
Trwa ładowanie komentarzy...