- Stasiu, nie podoba mi się gdy odchodzisz od stołu w trakcie posiłku. Odtąd ustalam zasadę, że jeśli wstaniesz i odejdziesz od stołu żeby się bawić, to znaczy że skończyłeś i nie dostaniesz jeść do kolejnego posiłku.
- Okej- przystał na to Pepe i zniknął pod blatem informując nas że „tylko coś sprawdzi”.
Jego talerz szybko opróżniliśmy, a, po 3 minutach Stasiek był z powrotem i widząc pusty blat zrobił momentalnie podkówkę, z oczu polały się łzy jak grochy, a on lamentował że jest taki bardzo głodny...
Konsekwencja kontra matka umierającego z głodu, płaczącego dziecka – decydujące starcie. Szybko uznałam, że te cztery sekundy, to wystarczający czas na naukę, a teraz już pora na posiłek. Na szczęście siedzący obok mąż powiedział : „Zaczęłaś, to brnij dalej”. Przecież mój biedny synek zaraz umrze z głodu! Przytuliłam płaczącego i słaniającego się na nogach Stolikowego Uciekiniera i zapytałam czy wie dlaczego nie ma już jego obiadu. Okazało się, że wie doskonale, ale „umarnie z głodu przed następnym posiłkiem”. Odłożyłam sztućce (nie mogłam już przełknąć nic widząc jego tragedię) i razem z nim odeszłam z miejsca tortur jakim była w tym momencie kuchnia. Rozpacz trwała jeszcze około minuty, bo potem poprosił o czytanie książki. Ale gdy na 5 stronie pojawiła się wyliczanka warzyw i owoców Staś zapytał ponownie, czy może dostać coś jeść. Odpowiedziałam, że czekamy do podwieczorku. Na co Pepe poprosił o wypuszczenie go do ogrodu (najpierw odegrał teatralną scenę próby samodzielnego otwarcia drzwi, ale jak ją sam skomentował „no tak, jesteś za słaby żeby otworzyć drzwi, nie zjadłeś przecież obiadu”). No i mój zaradny syn wyszedł, przeszukał wszystkie krzaczki, przyniósł sobie kolejno garść malin, garść poziomek, porzeczek białych, czerwonych oraz czarnych a także liście pokrzywy japońskiej w wersji czerwonej i zielonej. Powiedział, że w związku z tym, że jest głodny to musiał iść do restauracji ogrodowej i może się ze mną podzielić daniem „czarna porzeczka w czerwonej pokrzywie” lub „zielony liść w sosie z czerwonych porzeczek” – resztę musi zjeść sam bo przecież nie jadł obiadu.... Chętnie przyjęłam oba dania, łza, tym razem wzruszenia zakręciła mi się w oku, a po godzinie cała rodzina zasiadła do podwieczorku – który łudząco przypominał obiad. Stasiu zjadł wszystko i dopiero odszedł od stołu. Po raz kolejny przekonałam się, że krótka chwila konsekwencji naprawdę działa... A mój Syn jest zaradny!
